poniedziałek, 31 marca 2008
Kotlety z sercem w orientalnym sosie

kotlety z sercem

Serce świadczy o człowieku. Ten mały organ ukryty w głębi każdego z nas daje życie i - według ludowej prawdy – skrywa wszystkie uczucia. To nim kochamy, nienawidzimy, wybaczamy i tęsknimy. Moje kotleciki także mają serce. I - tak samo, jak w przypadku ludzi - to właśnie ono warunkuje ich charakter, odpowiada za ich wyjątkowość. To serce całej potrawy. Wielkie serce. A wiadomo, że im serce większe, tym lepsze...

Przepis zaczerpnęłam z tej strony.


Składniki:

Na kotlety:

4 ugotowane na twardo jajka,
400 g mielonego mięsa,
1 drobno posiekany ząbek czosnku,
1/3 łyżeczki tartego imbiru,
1 łyżka mąki kukurydzianej
1 małe jajko,
sól, pieprz.

Na sos:

1 czerwona papryka,
1 cebula,
1 łyżka sosu chili,
2 łyżki sosu pomidorowego lub keczupu,
½ puszki groszku konserwowego,
1 łyżka oliwy,
do smaku: goździki, cynamon, kardamon, cukier i sól,
2 łyżki oliwy.

Wykonanie:

Mięso łączymy ze wszystkimi składnikami (oprócz jajek). Dokładnie mieszamy i odstawiamy na godzinę do lodówki.

W międzyczasie przyrządzamy sos. W tym celu do rondelka wlewamy oliwę oraz dorzucamy goździki, cynamon i kardamon. Chwilkę smażymy, po czym dodajemy pociętą w półplasterki cebulę, pociętą w paseczki paprykę, sos chili i sos pomidorowy. Podlewamy wodą i, stale mieszając, dusimy na małym ogniu. Gdy składniki sosu dostatecznie zmiękną, zagęszczamy go mąką kukurydzianą, rozprowadzoną wcześniej odrobiną wody. Na końcu dodajemy zielony groszek i przyprawiamy do smaku solą i cukrem.

Ugotowane wcześniej jajka studzimy i obieramy ze skorupek. Mięso wyjmujemy z lodówki i dzielimy na 4 równe części. Każdą z nich oklejamy jedno jajko, tworząc coś na kształt mięsnej skorupki.

Na głębokiej patelni rozgrzewamy sporą ilość oleju. Wrzucamy przygotowane klopsiki i smażymy, aż skorupka ładnie się zezłości. Gotowe kotleciki odsączamy na papierowych ręcznikach z nadmiaru tłuszczu, wykładamy na talerze i obficie polewamy sosem.

kotlety z sercem

sos orientalny

piątek, 28 marca 2008
Paluszki rybne
paluszki rybne
 
Najgorsze, co może się zdarzyć człowiekowi, to śmierć zamieszkującego je dziecka. Porzucenie dziecięcych marzeń, pięknych fantazji, odrobiny szaleństwa, naiwności i wiary w przyszłość. Wygnanie z duszy poszukiwacza przygód, zdobywcy szczytów, podróżnika, kosmonauty. Bo co nam wówczas pozostanie? Rutyna, smutek, nuda i gorycz...

Dlatego pielęgnujmy w sobie dzieci. Śmiejmy się na głos, objadajmy w kinie popcornem, urządzajmy bitwy wodne w lany poniedziałek. A od czasu do czasu raczmy paluszkami rybnymi. To dziecko będzie nam wdzięczne. A jego zadowolenie to nasze szczęście...

Paluszki zrobiłam według przepisu Liski. Jedyną modyfikacją było użycie przeze mnie innej ryby. Wykorzystałam po porstu to, co zalegało w zamrażarce - resztki łososia i tuńczyka.
 
Składniki:
 
400 g ryby (u mnie: pół na pół mrożone łosoś i tuńczyk),
1 kajzerka,
1/2 szklanki mleka,
1 jajko,
sól i pieprz,
łyżka soku z cytryny,
bułka tarta,
olej do smażenia.

Wykonanie
:
 
Rybę rozmrażamy (niekoniecznie do samego końca). Kajzerkę kroimy na pół i namaczamy w mleku. Czekamy aż wchłonie płyn, po czym bardzo dokładnie odciskamy jego nadmiar. Mięso ryby i bułkę wkładamy do blendera. Dodajemy jajko, sól i pieprz do smaku oraz łyżkę soku z cytryny. Miksujemy wszystko na gładką masę, po czym na około godzinę odstawiamy do lodówki.

Po tym czasie z masy formujemy zgrabne, prostokątne paluszki. Obtaczamy je w tartej bułce i smażymy z obu stron na rozgrzanym oleju. Mają stać się złociste i chrupiące. Za pomocą papierowego ręcznika odsączamy nadmiar tłuszczu i podajemy na stół.

paluszki rybne
 
paluszki rybne
czwartek, 27 marca 2008
Sri Lanka - esencja życia, szczypta rozkoszy
cynamon
 
To już ostatnia część mojej lankijskiej opowieści. Dotyczyć będzie dwóch produktów, które rozsławiły to małe państewko na cały świat - herbaty i przypraw. Sri Lanka jest bowiem miejscem, gdzie w promieniach równikowego słońca dojrzewają najsmaczniejsze na Ziemi listki, którymi delektujemy się później w długie i mroźne zimowe wieczory. Jest też miejscem, gdzie pieprz rośnie...

Nie bez przesady mówi się, że Cejlon to królestwo przypraw. W pachnących, zniewalających soczystą zielenią ogrodach uprawia się imbir, kardamon, cynamon, wanilię, pieprz, gałkę muszkatołową, szafran, kamforę, goździki, kakao i kawę. To niewiarygodne, że wszystkie te rzeczy, znane nam z malutkich, papierowych torebek ustawionych rzędem na sklepowych półkach, tam rosną swobodnie na krzakach, cieszą się słońcem, kąpią w deszczu i uwodzą cudownym aromatem...
 
Poznajcie je...
 
Kakaowiec:
kakaowiec
 
Kardamon:
kardamon

Cynamon:
cynamon
 
Pieprz:
pieprz
 
Owoc gałki muszkatołowej...
gałka 2
 
...i jej wnętrze:
gałka
 
Wanilia:
wanilia
 
Jednak największym bogactwem Sri Lanki, jej znakiem rozpoznawczym i głównym towarem importowym kraju jest herbata. To chyba pierwsza rzecz, która kojarzy się Europejczykowi ze słowem Cejlon. Plantacje herbaty stanowią lwią część tutejszych upraw, a w wielu miejscowościach funkcjonują niewielkie - czasem wręcz maleńkie - manufaktury, zajmujące się przetwórstwem cudownych listków zebranych z samego czubeczka herbacianych krzewów. Tajemnica ich niezwykłego smaku - być może ręczny zbiór, który gwarantuje, że zerwane zostaną tylko nierozwinięte pączki i dwa najmnijesze, najjaśniejsze i najdelikatniejsze listki.
 
Zapraszam na wycieczkę po plantacji w Embilmeegama...
 
plantacja
 
listki herbaty
 
 
 
sklepik z herbatami
 
12:11, casiapaw , Inne
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 marca 2008
Sri Lanka - kuchnia piekielna
palma2
 
Raj, jak to raj, jest ciepły, łagodny i błogi. Wypełniają go słońce, przyjazne uśmiechy, piękne widoki. I w tę definicję Sri Lanka wpisuję się idealnie. Ale jest jeden szczegół, który zaburza niebiańską sielankę Cejlonu. Jej kuchnia. Piekielnie ostra, paląca, diabelsko bezlitosna.

Ale czyż odrobina pikanterii nie nadaje jej charakteru? Niebo w czystej postaci jest przecież trochę nudne...

Co tubylcy potrafią wyczarować z bogactw i smaków, którymi obdarzyła ich natura? Czym żywią się najchętniej? Odpowiedź jest krótka i jednoznaczna – to ryż z curry (tzw. rice & curry). Samo curry natomiast nie jest już tak jednoznaczne. Lankijczycy przyrządzają je bowiem niemal ze wszystkiego: wołowiny, drobiu, ryb, krabów, warzyw, a czasem wszystkich tych składników naraz. Warunkiem niezbędnym jest jedynie mocno wyczuwalny smak przyprawy curry oraz duża ilość chili, co czyni danie - delikatnie rzecz ujmując - dość pikantnym, a dla mnie wręcz niejadalnym ;)
 
Do ryżu z curry obowiązkowo podaje się sambole - piekielnie ostre marynowane warzywa. Ich główny składnik to papryczka chili. Jest jej tyle, że bez trudu wypala kubki smakowe, czyniąc je niezdolnymi do rozróżnienia jakichkolwiek innych smaków ;)

Kolejnym popularnym daniem, i z całą pewnością najpopularniejszą tutejszą przekąską, jest hopper – usmażony w kształcie miseczki, naleśnikowaty placuszek, przyrządzany z dodatkiem mleczka kokosowego. Miseczkę tę można wypełnić np. jajkiem sadzonym. Otrzymamy wówczas przepyszny egg-hopper - narodowe danie śniadaniowe Lankijczyków.

Obok hoppersów na lankijskich stołach często gości rotty (rotti) - kolejny rodzaj ciastowatego naleśnika, którym owija się nieduże porcyjki warzyw, posiekanych mięs lub jajek. Całość przyprawiona jest, jakże by mogło być inaczej, curry ;)

Wielkim przysmakiem na wyspie jest także jogurt buffalo przyrządzany ze zsiadłego mleka bawolego. To ukochany deser Lankijczyków, podawany najczęściej z dodatkiem miodu kokosowego albo gęstego, ciemnobrązowego syropu o nazwie kitul. Buffalo doskonale nadaje się też do gaszenia piekielnego ognia, który wybucha w gardle po skosztowaniu miejscowych specjałów. Często spożywanym deserem jest też kiribath – gęsty i papkowaty ryż na mleku, który po przestudzeniu kroi się w romby i w takiej postaci podaje na półmiskach.

I w końcu ryby, ryby, ryby i wszelkie inne owoce morza. Ocean dostarcza ich tubylcom wręcz w nadmiarze! Makrele, tuńczyki, kraby, śledzie, seriole, jaskółki morskie, rekiny, homary oraz wielkie, tłuste i soczyste krewetki tygrysie. Wszystkie one są tu tanie, ogólnie dostępne i podawane na setki sposobów. Najczęściej smażone na patelni, pieczone na ruszcie albo w postaci rybnego curry.
 
ryby
 
A to mała niespodzianka :) Oprócz owoców Sri Lanka jest bowiem królestwem wielu egzotycznych dla nas zwierząt. Między innymi takich:
 
słonie
18:08, casiapaw , Inne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 marca 2008
Sri Lanka - smak raju
kokos2

Wróciłam z raju. Zostawiłam tam serce, przywiozłam wspomnienia. Poznałam inny świat, inną kulturę, innych ludzi. I ich kuchnię – tak odmienną od naszej, egzotyczną, niezwykłą i pachnącą... Obym jeszcze kiedyś mogła jej zasmakować. Zasmakować Sri Lanki...

Banany – rośnie ich tu kilkanaście rodzajów. Przydrożne stragany uginają się od bananów wszelkich rozmiarów, kolorów i smaków. Są wśród nich owoce małe, średnie i duże, żółte, zielone i czerwone. Te ostatnie - odmiany redsugar - to ponoć znane i skuteczne afrodyzjaki ;)
 
banany
 
banany
 
Kokosy – największy skarb Sri Lanki. Mówi się, że jedna palma kokosowa może utrzymać przy życiu całą rodzinę. Karmi ją i poi (owoce i sok z palmy), zapewnia dach nad głową (liście i drewno), opał (także drewno), a nawet zajęcie i zarobek (z różnych elementów wykonuje się materace, drobne ozdoby, liny, naczynia, itp.). Kokosy występują tu z dwóch odmianach – zwykłej (popularny kokos sprzedawany w naszych supermarketach) i królewskiej (nieco większy owoc o pomarańczowej skórce).
 
kokos
 
kokos

Sri Lanka słynie też z drzew chlebowych. Jedną z ich odmian jest tzw. bochenkowiec. Rodzi on największe na świecie owoce – dżakfruty, które osiągają do 50 kg masy i 50 cm średnicy! Pestki dżakfruta przypominają jadalne kasztany. Spożywa się je po upieczeniu lub zamarynowane w słodkim syropie. Natomiast miąższ owocu z powodzeniem zastępuje ziemniaki i po ugotowaniu ma podobny do nich smak.
 
dżąkfrut
 
Cejlon to także wiele innych gatunków przepysznych, egzotycznych dla nas owoców. Mnie osobiście najbardziej zachwyciły papaje. Są tak soczyste, słodkie, ogniście pomarańczowe i pyszne, że mogłabym żywić sie tylko i wyłącznie nimi. Poza tym wyspa obfituje w mango, rambutany, limonki, water apple, duriany, arbuzy, mangostany, ananasy zwykłe i czerwone (doskonałe wspomagacze odchudzania), guawy, passion fruity i karambole. Już same nazwy malują uśmiech na twarzy przeciętnego Europejczyka. A smak? Wierzcie mi, jest nie do opisania...
 
ananas
  
passion fruit
22:59, casiapaw , Inne
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 03 marca 2008
Szarlotka spod samiuśkich Tater
szarlotka

Poezja, sen, marzenie. Doskonałość formy i treści, wyrażająca się niebiańskim smakiem i rzucającym na kolana wyglądem. Jest krucha, delikatna, lekko słodka i lekko kwaśna. Cynamonowa i maślana. Soczysta i chrupiąca.

Atakuje wszystkie zmysły. Oczy, nos i podniebienie poddają się jej urokowi z każdym kęsem, spojrzeniem, zbliżeniem do ust. Bo nie jest zwykłym jabłecznikiem. Jest ich królem, przewodnikiem, ideałem…

Takiej szarlotki jeszcze nie jedliście. No, chyba, że korzystaliście już z tego przepisu. Jego autorką jest Szellka.

Składniki:

Na ciasto:

0,5 kg mąki pszennej,
1 kostka masła,
1/2 szklanki cukru,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
2 żółtka,
2 łyżki śmietany.

Na nadzienie:

2-3 kg jabłek (szara reneta lub antonówka),
4 łyżeczki cynamonu,
cukier do smaku (ja dodałam 1/3 szklanki),
bułka tarta do podsypania.

Wykonanie:

Wszystkie składniki ciasta wsypujemy do jednej miski, dokładnie siekamy i szybko zagniatamy. Foremkę (u mnie 23 x 42 cm) wykładamy papierem do pieczenia. Wyrobione ciasto dzielimy na dwie części - 2/3 zużywamy do wylepienia dna foremki - którą następnie wstawiamy na pół godziny do lodówki, a 1/3 zostawiamy na później (także pozostawiając ją na 30 minut w lodówce).

Jabłka myjemy, obieramy i pozbawiamy gniazd nasiennych. Kroimy na ćwiartki, a następnie na cieniutkie plasterki. Można to zrobić za pomocą robota kuchennego, co znacznie przyspieszy pracę. Dodajemy do smaku cukier i cynamon, dokładnie mieszamy i zostawiamy na trochę, żeby smaki się "przegryzły".

Foremkę ze schłodzonym ciastem wyjmujemy z lodówki i wstawiamy do nagrzanego do 160 - 180 stopni C piekarnika. Podpiekamy przez około 10 minut. Po tym czasie wyjmujemy i obficie posypujemy tartą bułką. Jej zadaniem będzie wchłonięcie wilgoci z jabłek, aby po upieczeniu spód ciasta pozostał kruchy i chrupiący.

Na warstwę bułki wykładamy plasterki jabłek. Ma ich być naprawdę dużo. Urok tej szarlotki polega bowiem m.in. na ogromnej przewadze owoców nad ciastem. Na jabłka kruszymy pozostałą część (1/3) ciasta. Całość wstawiamy do piekarnika (160 - 180 stopni C) i pieczemy przez około 1 godzinę. Po ostudzeniu posypujemy cukrem pudrem.

szarlotka
 
szarlotka
 
szarlotka
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape Sezon Truskawkowy 2009 Nasze e-Książki 19 kwietnia 2009r. - Dzień Czosnku - podsumowanie Gotujemy po Polsku!! - podsumowanie
design by taisha